czwartek, 4 października 2012

Kiedyś byłem małym chłopcem


Ostatnio gdzieś przeczytałem, że polska ekstraklasa jest bardzo ciekawa, bo wyrównana. Takie tezy wybąkiwane były już w zeszłych rozgrywkach, ale osobiście wolałbym, żeby nasza liga była bardziej przewidywalna, a w zamian silna. Z utęsknieniem patrzę w przeszłość i mój ukochany, pamiętny sezon 2002/03 kiedy Wisła, Legia i Amica dzielnie walczyły w Pucharze UEFA. Supremacja Białej Gwiazdy w tamtym sezonie  była bezdyskusyjna, mimo że na zakończenie rozgrywek wyprzedziła Dyskobolię Grodzisk Wielkopolski „tylko” o 6 oczek.

W ogóle to był ostatni sezon, w którym tak naprawdę przeżywałem wielkie emocje związane z polską piłką klubową. Wszystko za sprawą Wisły Kraków. Podopieczni Henryka Kasperczaka w pamiętnych bojach z Parmą, Schalke 04, czy Lazio imponowali polotem i ofensywną grą. Najbardziej zapamiętałem dwa wygrane spotkania rewanżowe – przy Reymonta z Parmą (gdzie grał wówczas Adriano, późniejsza gwiazda Interu) i wyjazdową batalię z Schalke (4:1, gdzie bramkę honorową dla niemieckiego zespołu zdobył Tomasz Hajto!).

Teraz w Polsce nie czuć tamtej atmosfery. Nie wiem czym to jest spowodowane. Może moim wiekiem (już nie przeżywam spotkań w takim stopniu jak kiedyś), a może po prostu mizernym poziomem teraźniejszych rozgrywek? Tamte mecze miały w sobie coś magicznego, wtedy człowiek, a właściwie dorastający chłopiec, czekał na każdą ligową kolejkę, na każdy pucharowy mecz… Obecnie obserwuję ligę głównie z obowiązku i staram się wyłuskiwać co najlepsze. A dużo tego nie jest…

poniedziałek, 17 września 2012

Never Ending Story, czyli moja baśń z B-klasy


Tym razem trochę z innej beczki. Nie będę pisał o meczach Polaków z Czarnogórą i Macedonią, nie będę nawet rozwodził się nad minioną kolejką Ekstraklasy, kiedy to Widzew nieoczekiwanie objął samotne prowadzenie w tabeli, nie będę też zachwycał się nad formą Arsenalu i Man. Utd. w Premier League, a tym bardziej nie przeanalizuję pogłębiającej się straty Realu Madryt do Barcelony.

Podzielę się natomiast wydarzeniem, w którym sam brałem udział. Wydarzeniem przedziwnym, skandalicznym, przez co –paradoksalnie - po prostu śmiesznym. Mowa o spotkaniu mistrzowskim B-klasy!

Ostatnio redakcyjny kolega powiedział mi:
- W tej B-klasie to wy macie chyba lepszych sędziów niż na najwyższym szczeblu.
Chodziło  m. in. o pana Adama Lyczmańskiego, który wydrukował dwa gole Pogoni Szczecin w meczu z Wisłą. W sumie jednak arbiter z Bydgoszczy oddał Portowcom to co się należało, gdyż we wcześniejszym meczu podopiecznych Artura Skowronka nierozsądnie używał gwizdka w konfrontacji z Piastem Gliwice. W ostatniej kolejce nie popisał się także Robert Małek, któremu z Polonią nie zawsze było po drodze, dlatego nie zaliczył jej prawidłowo strzelonego gola.

Ale ile ja bym dał, żeby ci dżentelmeni pogwizdali na B-klasowych boiskach. I nie piszę tego złośliwie. W mojej błyskotliwej karierze sięgającej okręgowych obiektów nigdy w życiu nie spotkałem się z takim dyletanctwem ze strony sędziego jak w ostatnim meczu z moim udziałem!

A więc od początku:

Kiedy przyszedłem na mecz pierwsza połowa już trwała (obowiązki ważniejsze od przyjemności – dlatego się spóźniłem).  Od razu zwróciłem uwagę na to kto niezgrabnie biega w żółtej koszulce i  pomyślałem: oho! Ten pan już nam sędziował. Zapamiętałem go głównie z tego, że zarządził przeprowadzenie zmiany, kiedy bramkarz złapał piłkę! Jaja jak berety. Ale to jeszcze nic w porównaniu z tym co wyprawiał w niedzielny wieczór.

Zaczęło się od strzelenia gola przez moją drużynę. Tyle, że rozjemca batalii zapomniał przed pierwszym gwizdkiem sprawdzić siatek. I piłka zamiast zatrzepotać, przeleciała przez dziurę w sieci. Moi koledzy już się cieszyli, a arbiter nakazał wznowić grę od bramki…

Tę pigułkę jeszcze gorzko przełknęliśmy. Następna była już tragiczna w skutkach. Najpierw sędziulek podyktował karnego dla rywali, choć pierwszy ręką zagrał zawodnik atakujący (później faktycznie to samo uczynił obrońca)! Jedenastka została wykorzystana, a rozgoryczony stoper wypalił do kolegi: „znowu dali nam jakiegoś matoła”. I wtedy miała miejsce spektakularna reakcja arbitra. Podbiegł do rosłego stopera (od którego rzadko kiedy słyszałem przekleństwo) i pokazał mu czerwoną kartkę. Reszta chłopaków się wściekła.
Ty kurwo, ty szmato, ty chuju zajebany -  to tylko niektóre z epitetów lecących pod adresem biednego chłopunia. Ale ten musiał coś zrobić, więc zrobił – pokazał drugą czerwień facetowi, który wyglądał najmniej groźnie. Straciliśmy dwóch piłkarzy, którzy nigdy nie reagują zbyt emocjonalnie. Ci wylewający wiadro pomyj na głowę arbitra zostali na boisku. Mimo wszystko, graliśmy w dziewięciu.

Na domiar złego po chwili jednego z naszych dopadł uraz mięśnia. No to co, Adrian wszedł nawet bez kopnięcia piłki. Na szczęście chwilę po moim wejściu pierwsza odsłona się skończyła i mogłem rozgrzać się w przerwie.

Mimo że przegrywaliśmy 0:1 utrzymywaliśmy się przy piłce, graliśmy spokojnie, atakowaliśmy! Sędzia na początku drugiej części „oddał” nam karnego, jednak nasz zawodnik go nie wykorzystał. Szkoda.

Później kolejna kuriozalna decyzja i kolejne „kurwy” poleciały w stronę sędziego. Ten, który najbardziej się awanturował, krępy koleżka (i krewki przy okazji!), tym razem wyleciał z boiska. Do mediatora podbiegł następny facet. Tym razem wysoki i nie mniej zbudowany niż poprzedni. Wypalił do niego:
- No dawaj, kurwo, i mi czerwoną! Wtedy cię zapierdolę! Chuj mnie obchodzi, że już nie zagram w piłkę, ale możesz być pewien, że stąd nie wyjdziesz!
Nie dostał kartki. Już do końca. A takimi tekstami męczył biednego człowieczka do końcowego gwizdka.

Ostatecznie przegraliśmy 0:4, choć mieliśmy swoje szanse. Przebywałem na boisku praktycznie 45 minut, ale byłem wypompowany jakbym biegał 3 godziny. Zagrałem beznadziejnie, na co duży wpływ miało moje przygotowanie kondycyjne. Okresu przygotowawczego z prawdziwego zdarzenia nie miałem od 4 lat, więc nie ma co się dziwić. Ogólnie jednak – jako zespół – wypadliśmy względnie dobrze. W 8-u przeciwko 11-u przeciwnikom. Mogliśmy nawet pokusić się o coś więcej. Niemniej pierwszy raz widziałem coś tak… bezsensownego i na swój sposób intrygującego. Na początku byłem wściekły, później rozbawiony, a po meczu po prostu wykończony. Jest w tym pewien paradoks, że człowiek daje z siebie wszystko, oddycha rękawami, a i tak nic nie wychodzi. Tu jednak wina leżała po stronie gwiżdżącego ciecia.

Po meczu jeszcze większe wkurwienie, jeszcze kilka epitetów pod adresem tegoż facecika i, jak się później okazało, kolejne dyskwalifikacje. Wieczorem po meczu nie byłem jednak załamany. Wypiłem piwo i śmiałem się ze znajomymi z tego co się wydarzyło. Legendy B-klasy słyszałem tylko z opowieści i anegdot. Tym razem odczułem klimat tych rozgrywek na własnej skórze!

wtorek, 28 sierpnia 2012

Ugrzęźniemy w mule!?


Piękne stadiony, wzorowa organizacja Euro, rozbudowa infrastruktury i co? T-Mobile Ekstraklasa miała być w tym sezonie atrakcyjnym produktem dla kibiców, tymczasem nowoczesne obiekty zapełniają się co najwyżej w połowie. Ale teraz o czym innym. Wziąłem pod lupę poziom sportowy naszej ligi i ani Kolumbem, ani Magellanem nie zostałem…

źr. foto: photo.bikestats.eu

Druga kolejka Ekstraklasy nie dała mi żadnych złudzeń. Polska piłka coraz głębiej tonie. Jak tak dalej pójdzie niedługo zobaczymy ją na samym dnie. Może to i lepiej. Od dna można się chociaż odbić. Gorzej jak trafi na muł.

Rów Mariański

Ten sezon Ekstraklasy z pewnością będę śledził od deski do deski. Zamiast zachwycać się rarytasami z ligi angielskiej, oglądać muszę naszą kopaninę, ale cóż, takie życie. Obserwując sobotnią konfrontację Arsenalu ze Stoke (bezbramkowy mecz i niewiele sytuacji strzeleckich) mogłem się przekonać jaka przepaść dzieli nasz piłkarski kraj od Europy. W niedzielny wieczór natomiast znalazłem czas na przypatrzenie się dwóm najlepszym hiszpańskim drużynom. To są już lata świetlne!

Real na własne życzenie przegrał z Getafe, a Barcelona długo nie mogła strzelić gola Osasunie. Ponadto Valencia zremisowała z beniaminkiem z La Corunii. Przed rokiem narzekano, że dwie drużyny zdominowały tamtejsze rozgrywki. Początek tego sezonu pokazał, że może być inaczej. Na Półwyspie Iberyjskim poziom się równoważy. Słabsi starają się dogonić najlepszych, chcą pozbawić supremacji wielką dwójkę.

A w Polsce? Oczywiście poziom też się wyrównuje. Tylko nie w tę stronę co trzeba. Przykład pierwszy z brzegu – postawa Ruchu Chorzów. Wicemistrzowie Polski dostali po dupie od Widzewa, a przecież Łodzianie mieli bić się o utrzymanie! No coś tu chyba jest nie tak, skoro drugi zespół poprzedniego sezonu i finalista krajowego pucharu, który na dodatek dokonał największych wzmocnień latem, przegrywa dwa pierwsze spotkania i ma bilans bramkowy 0-6!

Wyłuskane pozytywy

Największymi wygranymi początku rozgrywek (z wyjątkiem Legii, o której później) są właśnie zespoły, na których większość kibiców stawiała krzyżyk. Najdobitniejszym przykładem jest RTS. Radosław Mroczkowski wykorzystuje potencjał ludzki jakim dysponuje do maksimum. Już w zeszłym sezonie 45-letni szkoleniowiec dał się poznać jako dobry i, co ważniejsze, rozsądny fachowiec, mierzący siły na zamiary. Oczywiście Widzew nie będzie się liczyć w walce o europejskie puchary, odległa wydaje się także perspektywa górnej połowy tabeli na koniec sezonu, ale 6 punktów po dwóch kolejkach, w starciach z mistrzem i wicemistrzem kraju, to świetna pozycja wyjściowa dla zespołu wojującego o ligowy byt!

Jeżeli chodzi o drugą serię gier, to najlepszy mecz odbył się chyba w Warszawie, gdzie Polonia podejmowała Lecha. Moim skromnym zdaniem te dwie ekipy będą walczyć o podium. Po tym co wszystkie zespoły zaprezentowały w dwóch kolejach, wydaje mi się, że w pierwszej czwórce na koniec sezonu znajdą się Legia, Lech, Wisła i Polonia (kolejność nie do końca przypadkowa).

Poloniści i tak są już wielkim wygranym tego sezonu. Po zmianie właściciela wydawało się, że kibice Czarnych Koszul chodzić będą na spotkania B-klasy, a ich licencję na grę w Ekstraklasie przejmie GKS Katowice, ukochany klub nowego szefa KSP. Ostatecznie wszystko zakończyło się szczęśliwie dla stołecznych i Ireneusz Król przeniósł się do Warszawy. Już wiadomo, że nowy prezes nie jest tak narwany jak Józef Wojciechowski, cele na sezon też są inne, więc Piotr Stokowiec może spokojnie budować drużynę. W sumie trener Polonii ma niezłą kadrę, a niedawno zespół zasilił jeszcze były obrońca Betisu Sewilla José Isidoro Gómez Torres. 26-letni Hiszpan w zeszłym sezonie zagrał we wszystkich ligowych meczach swojego zespołu, więc jako takie pojęcie o kopaniu okrągłego przedmiotu ze skóry mieć musi.

Nieźle na początku sezonu prezentuje się również Podbeskidzie. Bielszczanie mają bardzo wąskie pole manewru, a mimo to Robert Kasperczyk całkiem zgrabnie układa zawodników na boisku. Szkoleniowiec Górali wyciągnął z okręgówki Kamila Adamka, który już w debiucie na najwyższym szczeblu rozszarpywał obronę krakowskiej Wisły. 23-letni zawodnik, z racji wieku, oszałamiających sukcesów już pewnie nie osiągnie, ale ma szansę stać się solidnym ligowcem. Na razie zagrał jednak jeden mecz na takim poziomie, więc należy dać mu trochę czasu.

Indywidualności

Po stronie plusów początku naszych rodzimych rozgrywek zapisałbym jeszcze kilku ciekawych zawodników, którzy indywidualnie prezentują niezły poziom. Na przykład Abdou Razack Traore z Lechii. Może nie ma on  zmysłu taktycznego, ale za to prezentuje wysublimowane umiejętności techniczne, którymi dorównuje nawet Maorowi Meliksonowi.Gracz z Burkina Faso w ostatnim meczu zabawiał się z obrońcami Pogoni Szczecin, jak z dziećmi na podwórku pod blokiem. Z tym że Razack nie jest Polakiem i nie pomoże wydanie naszej piłce. Kogo więc wyróżnić z futbolistów urodzonych między Odrą a Bugiem?

Na ustach wszystkich jest 18-letni Arkadiusz Milik. Ten młodzian w dwóch meczach strzelił po jednej bramce. Z resztą już w tamtym sezonie obwołano go nadzieją polskiego futbolu. Tylko ilu już takich mieliśmy i ilu się zmarnowało. Chuchajmy na zimne.

Pamiętam Marcina Burkhardta w Amice. Talent czystej wody. Do dziś z tyłu głowy został mi wywiad z 19-letnim, bajecznie zapowiadającym się zawodnikiem (niedokładny zapis, ale zachowujący sens):
- Marcin opowiedz ile należy poświęcić, żeby grać w piłkę.
- Bardzo dużo. Mam 19 lat, koledzy chodzą na piwo, wyciągają mnie na imprezy, a ja odmawiam. Wiem, że na drugi dzień mam trening. Wszystko podporządkowuje futbolowi.

Myślałem wtedy: Boże, jaki poukładany chłopaczyna. Ale co było potem? Jeszcze dwa dobre sezony we Wronkach i transfer do Legii. Marcin nie poradził sobie z nocnymi pokusami stolicy. Taki profesjonalista. Może jednak lepiej mógł wyszaleć się za młodu? Teraz już się tego nie dowiemy. Po rozstaniu z Legią Burkhardt błąkał się po Szwecji, miał epizod ukraiński, później wydawało się, że choć trochę odbuduje się w Jagiellonii, po czym wylądował w Simurgdzie Zagatala. To gdzieś w Azerbejdżanie. Podobno.

Analogiczna sytuacja miała miejsce z Sebastianem Milą, któremu Groclin do ręki dawał tylko pieniądze na jedzenie (bo mieszkanie dostał od klubu), a resztę odkładał na konto młodego blondaska. Tak przynajmniej nieśmiało chwalił się 20-letni wówczas Mila. Później wszyscy wiemy jak było. Różnica między nim a Burkhardtem jest taka, że obecny kapitan Śląska po nieudanych austriacko-norweskich wojażach wrócił z podkulonym ogonem i ponownie został gwiazdą ligi.

Więc spokojnie z tym Milikiem. Idealnie byłoby gdyby napastnik Górnika wziął przykład z Lewandowskiego, który miał to szczęście, że jego kariera rozwijała się harmonijnie. Duża w tym zasługa Cezarego Kucharskiego. Co by nie mówić były gracz Legii poprowadził swojego klienta wspaniałą ścieżką kariery. Jak na polskie warunki, wręcz galaktyczną.

A propos polskich warunków. Czy nie znudziło wam się mówienie cały czas: „ale walczyli”, „pokazali się z niezłej strony”, „zagrali dwie fajne połowy na turnieju”, „ślicznie podryblował”. Tylko co z tego, jak i tak dostajemy wciry? To nie jest moje autorskie odkrycie, mówił już o tym chociażby Mateusz Borek, ale trzeba podkreślić to grubą kreską. Wymagajmy od piłkarzy wyników, a nie fragmentów dobrej gry!

Niestety taka jest rodzima liga. Czasami ktoś fajnie „pokiwa”, czasami wyjdzie jakaś składna akcja na jeden kontakt, ale na Boga, żadna polska ekipa nie potrafi przeprowadzić skutecznego ataku pozycyjnego! Przypomnę, że aby w ogóle mówić o ataku pozycyjnym zawodnicy muszą wymienić między sobą 7 podań, a np. Widzew w rundzie jesiennej poprzedniego sezonu nie zrealizował ani jednego wolnego natarcia na połowie przeciwnika! Cały wywód zmierza do tego, żeby wyjaśnić z jakiego powodu piszę o polskich warunkach. To jest zatrważające, że musimy pocieszać się tylko pojedynczymi sytuacjami. Ale co innego nam pozostało? Możemy jeszcze serdecznie wypiąć się na ten syf, co wielu moich znajomych już dawno uskuteczniło.

Wracając do porównania polskiej ligi z hiszpańską i angielską, to jest ono co najmniej niestosowne. Wystarczy spojrzeć na rywalizację naszych eksportowych zespołów w eliminacjach do europejskich pucharów, żeby zobaczyć w którym miejscu stoimy, a właściwie w którym kierunku cofamy się. Nasze kluby nie mogą poradzić sobie ze Szwedami, Czachami, o Niemcach już nie wspominając.

Obecnie nie ma w Polsce zespołu, który mógłby zagrozić Legii, mimo iż ta przegrała w Superpucharze Polski ze Śląskiem. Legioniści dają także jedyną nadzieję na reprezentowanie potomków legendarnego Lecha w LE. Tylko żeby to uczynić podopieczni Jana Urbana muszą pokonać na wyjeździe Rosenborg Trondheim. Jeżeli tego nie zrobią nasz futbol już nie palcami, a całą stopą ugrzęźnie w mule. Przynajmniej na rok...

W następnym poście skupię się na przyczynach takiego stanu rzeczy, a raczej nad tym co można zrobić, żeby wyjść z tego bagna. Od razu uprzedzam - Ameryki znowu nie odkryję...

czwartek, 23 sierpnia 2012

Po pierwszej kolejce


Ostatnio myślałem po co w ogóle piszę o naszej lidze, mógłbym przecież się skupić na Premier League, Primera Division, Serie A i/lub Bundeslidze. Jednak zawsze interesowała mnie nasza kopana, trochę patriotycznie leży mi na sercu przyszłość polskiej piłki i bezustannie marzę, żeby obserwować grę naszych piłkarzy z takimi wypiekami jak angielskich potentatów. Wróćmy na ziemię. Poziom naszej Ekstraklasy się nie zmienił, choć pierwsza kolejka mogła się podobać (padło aż 28 goli), było kilka meczów na niezłym poziomie. Nie będę sztampowo  opisywał każdego meczu po kolei. Skupię się na tym, jak zapamiętam inauguracyjną serię gier.

W piątek chyba wszystkich kibiców zaskoczyła Pogoń Szczecin, która zdemolowała, mające bić się o puchary, Zagłębie. Lubinianie dostali 4 ciosy, w tym jeden przepięknej urody – strzał z rzutu wolnego Ediego Andradiny. 38-letni Brazylijczyk w ogóle był klasą dla siebie, wprawdzie za dużo po boisku nie biegał (zwłaszcza w końcówce), ale za to potrafił się umiejętnie ustawiać w środku pola, co pozwoliło mu dyrygować poczynaniami kolegów. Widać na polską ligę to wystarcza.

Z drugiego piątkowego meczu zapamiętam tylko jedną, a właściwie dwie rzeczy. Konkretnie dwie asysty Michała Bembena (Górnik). Występ prawego defensora Górników zasługuje na szczególną uwagę, gdyż w zeszłym sezonie to lewa strona tej formacji, w postaci Mariusza Magiery, siała popłoch u rywali. Jeżeli Magiera wróci po kontuzji w kondycją z zeszłego sezonu, to Zabrzanie będą mieli najsilniej obsadzone defensywne flanki w lidze! Pamiętajmy jeszcze, że Adam Nawałka ma do dyspozycji Seweryna Gancarczyka, choć jemu bardzo daleko jest do formy prezentowanej w Metaliście Charków. To już chyba zmierzch tego piłkarza, ale cóż, takie jest życie.

Sobotę w naszej Ekstraklasie zapamiętam z kilku względów, choć raczej nie będę jej wspominał przyjemnie. A wszystko to przez gnioty w Białymstoku i Łodzi. Starcie Jagiellonii z Podbeskidziem zaczęło się obiecująco, bo już w 19. sekundzie Pawela trafił dla przyjezdnych. Później jednak Białostoczanie męczyli się ze słabymi Góralami, ale ostatecznie wydarli zwycięstwo. W mieście włókniarzy natomiast, podobne katusze przeżywali mistrzowie Polski i ulegli skazywanemu na spadek Widzewowi. Jakiś smaczek w tym meczu? Bramka Sebastiana Dudka, którego w składzie Śląska nie widział Orest Lenczyk. Przypomnę jeszcze, że Dudek przyszedł do Śląska, gdy ten grał jeszcze w II lidze. Poziom meczu? Tragiczny.

Z poziomem sportowym tego dnia wyłamał się jedynie Lech Poznań, który zlał niby wzmocnionych (w porównaniu do poprzedniej rundy) wicemistrzów Polski 4:0. W Chorzowie mają o czym myśleć. Po blamażu w Europie z Victorią Pilzno, przyszła kompromitacja w lidze. Tomasz Fornalik niedługo chyba wróci do niedawnej pozycji w klubie, bo wątpię, żeby po prostu go zwolniono. Widocznie to nie jest jeszcze czas na niego, albo jego brat najzwyczajniej w świecie źle przygotował zespół do sezonu.

Niedziela miała bardzo podobny scenariusz do wcześniejszego dnia. Najpierw Wisła przy Reymonta dusiła się w starciu z Bełchatowem. Mecz był podobny do konfrontacji Jagi z Podbeskidziem. Padł taki sam wynik, gospodarze tracili bramkę w 1. minucie, a później gonili wynik. Biała Gwiazda z GKS-em pokazały kawał dobrego futbolu… przez pierwsze 15 minut. Później górę wzięło zmęczenia spowodowane upalną pogodą.

Chociaż złej baletnicy, to i rąbek przeszkadza. Dwie godziny później Legia rozbiła przy Łazienkoweskiej Koronę 4:0, a hat-tricka ustrzelił Daniel Ljuboja. Serb jest bezapelacyjnie najlepszym zawodnikiem naszej ligi i jeżeli będzie mu się chciało, to spokojnie zostanie królem strzelców i poprowadzi Legię do mistrzostwa. Z tymi chęciami u Daniela jest jednak różnie, więc pałeczka leży też po stronie Jana Urbana i całego sztabu szkoleniowego. Ta pałeczka może stać się czarodziejską różdżką, jeżeli świta z L3 będzie potrafiła odpowiednio zmotywować krnąbrnego napastnika.

Na koniec zmagań mieliśmy malutką niespodziankę. Beznadziejnie grająca Lechia przegrała z GKS-em Katowice Polonią Warszawa. Odejście Józefa Wojciechowskiego wyjdzie temu klubowi tylko na dobre i nie ma w tym krzty paradoksu. Patrząc na personalia Czarnych Koszul wcale nie wygląda to tak źle, jak wszyscy zapowiadali. Myślę, że Piotr Stokowiec poukłada te klocki (w końcu ktoś dostanie na to trochę czasu) i prognozuję: już w tym sezonie klub z Konwiktorskiej znajdzie się w górnej części tabeli. A co do Lechii, to nie mam słów. Bobo Kaczmarek fajnie opowiada o futbolu, ale najpierw musi coś zrobić, żeby gra zespołu wyglądała lepiej. Pierwsza podpowiedź: posadzić na ławce Michała Buchalika.