niedziela, 10 czerwca 2012

(Nie)dosyt

Za nami mecze grup A i B na długo oczekiwanych Mistrzostwach Europy w Polsce i na Ukrainie. Patrząc obiektywnie była jedna niespodzianka – Duńczycy nieoczekiwanie zwyciężyli Holendrów.
O meczu otwarcia napisano już praktycznie wszystko. Najwięcej dywagacji było na temat Wojtka Szczęsnego, czy słusznie faulował greckiego napastnika. W ostateczności dał szansę wykazania się Tytoniowi, który został okrzyknięty bohaterem, więc wyszło na jego. Najlepszym zawodnikiem meczu został Robi Lewandowski, strzelec bramki dla biało-czerwonych. W moim odczuciu jednak najaktywniejszym piłkarzem był Łukasz Piszczek. Przestępca, skazany prawomocnym wyrokiem sądu za korupcję (przypominam słowa pewnego posła PiS), chodził jak wahadełko po prawej stronie boiska. Były gracz Zagłębia imponował mi w tym meczu szczególnie i w nim upatruję dużą nadzieję w batalii z Rosjanami.
 Nie rozpamiętujmy już drugiej połowy meczu z reprezentacją Hellady i skupmy się na Sbornej. A ta w konfrontacji z Czechami pokazała, że w piłkę grać potrafi. Nasi południowi sąsiedzi mimo wszystko prezentowali ładny futbol, ale rosyjskie żądła były skuteczniejsze. Poza tym Czechom w ogóle nie pomógł bramkarz Chelsea. Petr Cech miał szansę wybronić przynajmniej dwa strzały, które ostatecznie znalazły się w siatce jego bramki. Oby Przemek Tytoń był lepiej dysponowany niż gwiazdor Bramborów.
W grupie śmierci natomiast przynajmniej jeden wynik był nie lada niespodzianką. Eksperci zachwycają się teraz żelazną, konsekwentną obroną Duńczyków, ale zapomnieli chyba, że Oranje stworzyli sobie przynajmniej trzy stuprocentowe sytuacje. Gdyby van Persie, Robben i Huntelaar zachowali zimną krew Skandynawowie nie ugraliby nawet punktu. Nie zmienia to faktu, iż świta Mortena Olsena wydanie zbliżyła się do ćwierćfinału, wszak z Portugalią wygrała już w eliminacjach, a z Niemcami też nie stoi na straconej pozycji.
Podobał mi się mecz właśnie tych zespołów. Mimo że długo w powietrzu wisiał bezbramkowy remis, w końcu obudził się ociężały niedźwiedź – Mario Gomez, który wykończył dośrodkowanie Khediry. Sprawiedliwszym wynikiem byłby z pewnością remis, a bramka dla bekonowych powinna paść pod koniec pierwszej połowy, kiedy idealnym strzałem popisał się słynny rzeźnik-wędliniarz Pepe. Piłka po jego strzale zagrała w cymbergaja między poprzeczką a linią bramkową i wypadła w boisko. Szkoda, bo taki gol byłby nieczęstej urody.
Co do samych bramek najbardziej podobało mi się finezyjne uderzenie Romana Szyrokowa. Zawodnik Zenitu Sankt Petersburg idealną podcinką nie dał szans Cechowi. W tej sytuacji bramkarz Chelsea nie miał nic do powiedzenia. Maestria strzału sama w sobie. Dzisiaj kolejne mecze, kolejne emocje i, mam nadzieję, kolejne wspaniałe gole. 

poniedziałek, 28 maja 2012

Okiem kibica


Euro zbliża się wielkimi krokami, już możemy odliczać godziny do wielkiej piłkarskiej imprezy. Niektórzy kibice, będący jednocześnie fachowcami, po raz wtóry wytykają błędy Smudzie w przygotowaniu i selekcji piłkarzy. Choć faktycznie rozum nie zawsze zgadza się z wyborami selekcjonera, to jednak do głosu dochodzi serce, które każe bezinteresownie ściskać kciuki za naszych reprezentantów. 

Czy Franz nie popełni błędów Jerzego Engela, Pawła Janasa i Leo Beenhakkera? Na razie zaaplikował naszym orłom ciężkie treningi w austriackim Lienzu, czyli tak jak jego poprzednicy postawił na siłowe przygotowanie zespołu do turnieju. Zapatrzony w niemiecką szkołę trenerską Smuda kopiuje każdy ruch Joachima Loewa, co ma być źródłem sukcesu w czerwcu. Na weryfikację tej techniki długo czekać nie musimy, bowiem w pierwszym spotkaniu zmierzymy się z drużyną, która wybrała inną drogę przygotowania do meczów grupowych. Grecy bazować będą na wytrzymałości wypracowanej w ciągu sezonu klubowego, więc 8. czerwca zobaczymy który zespół będzie lepiej wyglądał pod względem fizycznym - która droga była właściwsza. 

Za nami także mecze kontrolne z Łotwą i Słowacją. Obydwa wygraliśmy po 1:0, choć pierwszy graliśmy w drugim garniturze. Właśnie w spotkaniu z Łotwą swoją przydatność drużynie udowodnił Kamil Grosicki, który był najjaśniejszą postacią tej konfrontacji. W drugim meczu przebłysków płynnej gry było więcej, zwłaszcza w pierwszej połowie, gdy graliśmy już pierwszym zestawieniem. Ostatecznie selekcjonera nie przekonali Michał Kucharczyk, Tomasz Jodłowiec i Kamil Glik. O ile dwaj pierwsi od początku austriackiego wojażu byli kandydatami do odstrzału, to nieobecność Glika wydaje się być niespodzianką, choć po ruchach trenera na zgrupowaniu można było wywnioskować jego absencję podczas Euro. Zastanawia tylko dlaczego Smuda zabrał go do Linzu, skoro w żadnym sparingu nie powąchał nawet murawy? Czy podstawowy stoper Torino jest gorszy od Jodłowca? Zdaniem selekcjonera chyba tak, gdyż Glikowi nie dał szansy pokazania się w warunkach meczowych. Z drugiej strony to Smuda, a nie kto inny, będzie rozliczany za wynik na mistrzostwach. Jego małpy, jego cyrk – my mamy tylko siedzieć na widowni i klaskać.

O 23-osobowym składzie wypowiedział się także Tomasz Hajto. Trener Jagiellonii dosadnie stwierdził, że nie mamy lewej obrony. Z tym że atakuje bardziej Jakuba Wawrzyniaka, niż niegrającego od dwóch lat w klubie Sebastiana Boenischa. Wawrzyniak na tej pozycji w reprezentacji występuje od równo roku, więc co tak bardzo zdziwiło byłego gracza Schalke 04? Rozumiem, że Jacek Magiera z Górnika ma za sobą świetną rundę, ale ten chłopak ani razu nie został sprawdzony w kadrze. Gdyby pojawiłby się w Austrii mówiłoby się, że Smuda jest niekonsekwentny, bo przez rok bezrefleksyjnie stawia na Wawrzyniaka, a nagle bierze Magierę. Jak wiadomo od dawna –wszystkich nie zadowolisz. 

Chociaż zrozumiałbym – i takiego rozwiązania bym oczekiwał – gdyby w składzie na Euro znalazł się Wawrzyniak i Magiera. Niestety jak Smuda się zakocha, to nie myśli racjonalnie, nawet gdy ta miłość jest nieszczęśliwa (choć bardziej pasowałby przymiotnik nieszczęsna), jak w przypadku Boenischa. Wszystko również wskazuje, że gracz Werderu wybiegnie w pierwszym składzie z Grecją, więc Tomasz Hajto nie będzie musiał patrzeć na mało reprezentatywną twarz Wawrzyniaka w meczu otwarcia. 

Może się wydawać, że zwyczajnie kpię z wybitnego reprezentanta kraju i trenera Jagi, ale ja go naprawdę szanuję, za to co zrobił na boisku i za to jaki jest poza nim. Twardy facet z charakterem, który cieszy się autorytetem w swoim środowisku. Szacunek. Tylko nie zawsze należy bezkrytycznie patrzeć na autorytety. 

Przed kadrą jeszcze jeden sprawdzian przed Euro, już w stolicy z Andorą. Sześć dni przed meczem z Grecją będziemy jeszcze mądrzejsi. Ciekawe kto wtedy błyśnie niewybrednym komentarzem po meczu? Nie licząc oczywiście Jana Tomaszewskiego, który od kilkunastu (a może i kilkudziesięciu) lat konsekwentnie bojkotuje wszystko co ma jakikolwiek związek z PZPN. A takiego rarytasu jak Euro w naszym kraju, nie mógł ominąć, stąd częstotliwość jego wypowiedzi w mediach wcale mnie nie dziwi.

czwartek, 10 maja 2012

43 wiosny Dennisa


 10 maja 1969 roku w Amsterdamie na świat przyszedł Dennis Nicolaas Maria Bergkamp. Wielki piłkarz, legenda Arsenalu Londyn, reprezentant Holandii, mój największy piłkarski idol.


 
Bergkamp w swojej bogatej karierze osiągnął wiele, choć biorąc pod uwagę jego potencjał i umiejętności można zaryzykować stwierdzenie, że nie był piłkarzem do końca spełnionym. Brakowało mu największych sukcesów, którymi zapisałby się złotymi zgłoskami w historii futbolu. 

W piłce klubowej osiągnął prawie wszystko. Prawie, gdyż nigdy nie wygrał Ligi Mistrzów, nie był również królem strzelców Premier League. Przede wszystkim jednak, jego niespełnienie związane jest z reprezentacją Holandii, dla której strzelił przecież aż 37 goli!

Dwa razy poprowadził Pomarańczowych do półfinału Mistrzostw Europy (1992,2000) i raz do czwartego miejsca na Mundialu we Francji. Jednak ten zawodnik zasługiwał na znacznie więcej. Gdyby zdobył Mistrzostwo Świata i Europy stawiany byłby na jednym stopniu z Marco van Bastenem czy francuzem Zinedine Zidanem. Na kartach historii pozostaje w cieniu obydwu tych doskonałych graczy, choć, moim zdaniem, piłkarsko był od nich nawet lepszy!

W bogatej galerii sukcesów Dennisa znajdują się: mistrzostwo Holandii (1990), dwa Puchary Holandii (1987, 1993), Puchar Zdobywców Pucharów (1987), dwa Puchary UEFA (1992, 1994), trzy mistrzostwa Anglii (1998, 2002, 2004), cztery Puchary Anglii (1998, 2002, 2003, 2005), trzykrotny król strzelców ligi holenderskiej (1991, 1992, 1993), dwa razy wybierany najlepszym piłkarzem Holandii (1992, 1993), dwukrotnie zajmował trzecie miejsce w plebiscycie UEFA na najlepszego piłkarza świata (1993, 1997), trzecie (1992) i drugie (1993) miejsce w plebiscycie „France Football”, najlepszy piłkarz Premier League wg dziennikarzy i zawodników (1998). 



Te osiągnięcia nie pokazują jednak jakim Bergkamp był piłkarzem. Jego dostojność w grze, bajeczna technika i piękne bramki do dzisiaj są znakiem rozpoznawalnym – po prostu made in Dennis. Na grę Holendra zawsze patrzyło się przyjemnie, nawet jeżeli coś mu nie wyszło. Zapamiętam też go jako zawodnika, o bardzo wysokim boiskowym IQ. Trzeba również wspomnieć, że był, a w zasadzie jest do tej pory, inteligentnym człowiekiem także poza stadionową murawą, co nie zawsze jest takie oczywiste. 

Problemem w zbiorze większej ilości trofeów była też aerodromofobia „nielatającego holendra”. Strach przed lataniem powodował, że  nie brał udziału w dalekich delegacjach swojego zespołu. Przez tę fobię przedwcześnie zrezygnował również z gry w reprezentacji. Po finałach Euro 2000 stwierdził, że kończy przygodę reprezentacyjną, gdyż nie chce mącić selekcjonerowi w budowaniu składu na mundial w 2002 roku, który miał odbywać się Korei i Japonii. Dla Bergkampa turniej na drugim końcu świata był po prostu nieosiągalny. Ostatecznie Holandia nie zakwalifikowała się na azjatyckie Mistrzostwa Świata, a kto wie jakby się to potoczyło z wybitnym Kanonierem w eliminacjach.

Myśląc co mógłbym napisać o Bergkampie w podsumowaniu, przychodzą mi do głowy tylko same pozytywne przymiotniki. Żeby jednak zakończyć ochy i achy, zakończę przewrotnie. Dennis miał jedną wadę. Kiedy w 1995 przychodził do Arsenalu, po nieudanej przygodzie w Interze, mówiono, że jest za słaby fizycznie na angielskie warunki. Jak się okazało szybko przystosował się do ciężkiej walki, a niekiedy nawet jego gra stawała się brutalna jak na tak doskonałego technika. W całej karierze zdarzyło mu się kilka brzydkich, złośliwych zagrań, ale jest to w zasadzie jedyna rysa na niesamowitej palecie innych umiejętności.

Dennis Bergkamp w zasadzie jest moim jedynym idolem i zawsze będzie dla mnie numerem jeden. Odnosząc się do jego osoby nigdy nie będę subiektywny – w moich oczach zawsze będzie ideałem piłkarza.

Na koniec dyspozycja Dennisa z Old Boyów Ajaxu Amsterdam:
 

niedziela, 6 maja 2012

Polska kopana

Jak skomentować mistrzostwo Śląska? Żenada. Nie dlatego, że tego klubu nie lubię, wręcz przeciwnie. Szanuje Oresta Lenczyka i jego piłkarzy, a gracze Wojskowych imponowali jesienią, kiedy zasłużenie (!) zakończyli zmagania na fotelu lidera. Natomiast to co działo się w rundzie wiosennej , to… żenada. Ale żeby nie było – to nie wina Śląska, że zdobył mistrzostwo. No właśnie!

Najbardziej „sfrajerzyła” się Legia. Dosłownie. Byłem przekonany (jak z resztą niemal cała piłkarska Polska), że Legia sięgnie w tym sezonie po mistrzostwo i napisałem nawet o tym tekścik (kilka postów niżej). Jednak to co zrobili piłkarze Macieja Skorży jest karygodne. Do tej pory nie rozumiem jak Legioniści roztrwonili przewagę, mając tak bogate zaplecze kadrowe. Nigdy tego nie zrozumiem.


Fajnie prezentowała się ekipa Waldemara Fornalika, z tym że piłkarze Ruchu nie wytrzymywali w spotkaniach o najwyższą stawkę, czyli tak naprawdę w meczach z Legią. Lech zaczął ściganie za późno, choć do końca walczył o majstra. Może byłby to dobry prognostyk przed następnym sezonem, gdyby latem nie szykowało się wietrzenie magazynów w klubie. 

To byłoby na tyle - tak mi się przypomniało, zdenerwowałem się. Niemniej kciuki za Śląsk jesienią w europejskich pucharach będę trzymał. Boję się tylko, że trafii on na drużynę pokroju rumuńskiego Rapidu i wtedy będzie koniec Europy. A takich drużyn  jak ta z Bukaresztu na Starym Kontynencie jest na pęczki.

czwartek, 26 kwietnia 2012

Nie tak miało być


Płacz w Katalonii. Lament w Madrycie. Real i Barcelona nie spotkają się w wielkim finale Ligi Mistrzów. Wbrew wszystkim specjalistom, dziennikarzom, koneserom, działaczom UEFA (?).

Na polskich forach internetowych trwa wojna między sympatykami najlepszych hiszpańskich klubów. Jedni wylewają wiadro pomyj na drugich, rzadko kiedy wywiązuje się kulturalna polemika z konkretnymi argumentami. Teraz wszystkie argumenty jednym i drugim zabrali piłkarze Chelsea oraz Bayernu. I dobrze!

Oczywiście sympatycy Barcelony już nazywają styl prezentowany przez Chelsea w rewanżowej potyczce antyfutbolem.
- „Zaparkowali autobus”.
- „Nie zasłużyli na finał. Jak taka drużyna może grać w finale LM?!”
- „Piłka nożna jest dla kibiców, ma dostarczać rozrywki”.
I najbardziej wyszukana z pyskówek:
- „Barcelona i tak jest najlepsza!”

Legendarne już porzekadło głosi, że jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz, a Blaugrana od trzech spotkań nie wygrała! Chelsea zwyciężyła w dwumeczu jak najbardziej zasłużenie. Jeżeli grając w dziesiątkę piłkarze The Blues poszliby na ofensywną wymianę ciosów byłoby to dla nich samobójstwem. A jeśli ktoś nie potrafi docenić kunsztu gry defensywnej, idealnie ustawionej strefy, którą niezwykle ciężko jest złamać nawet przez najpiękniej grającą drużynę świata, to jest po prostu laikiem. Za styl punktów się nie daje, a fani Barcelony tak najwidoczniej myślą. Dlatego też, proponuję im zacząć kibicować łyżwiarzom figurowym.

Nie sympatyzuję ani z jednym, ani z drugim klubem, uwielbiam genialną grę Dumy Katalonii, ale męczą mnie jęki „wiernych” fanów. Chelsea na awans zasłużyła, bo strzeliła jedną bramkę więcej – kolejny piłkarski banał. Koniec, kropka.

Kibice Realu natomiast byli wniebowzięci wtorkowym wynikiem, nie czując żadnego zagrożenia ze strony, już obecnych, vice-mistrzów Niemiec. A tu taka niespodzianka! Na domiar złego dla miłośników Królewskich, nie powinni mieć oni żadnych złudzeń. Madrytczycy w dwumeczu byli słabszym zespołem i na dobrą sprawę powinni przegrać po 180 minutach rywalizacji, a nie po rzutach karnych. Niemiecka ekipa na Estadio Santiago Bernabeu była drużyną lepszą w większości aspektów gry. Jose Mourinho mówił po meczu, że zarówno jego piłkarze, jak i gracze Barcelony nie wytrzymali szalonego terminarza, a gwoździem do trumny w pucharach były weekendowe Gran Derbi w Primera Division. Może jest w tym trochę racji, ale Chelsea i Bayern też mieli przecież ligowe mecze w sobotę i to nie z byle kim, bo na ich drodze stawali kolejno Arsenal i Werder. Tylko, że Jupp Heynckes i Roberto Di Matteo umieli w tych ważnych spotkaniach rozporządzić siłami swoich podopiecznych, więc tłumaczenie The Special One przekonać nie może.

W związku z konfrontacją w stolicy Hiszpanii dziwi mnie jeszcze jedna rzecz. Dlaczego Arjen Robben, który moim zdaniem był najlepszym ofensywnym graczem tego spotkania, nigdy nie jest stawiany w jednym rzędzie z Ronaldo i Messim. Holender jest wielkim piłkarzem, mimo że zdarzają mu się niewykorzystane setki (jak ta z początku ostatniego meczu, potyczki z Borussiąx2 czy finału Mistrzostw Świata, gdy wyszedł sam na sam z Casilliasem). Niemniej potrafi wziąć na siebie odpowiedzialność w naprawdę najważniejszych momentach, czego brakuje choćby portugalskiemu bożyszczowi. O ile Ronaldo strzelił dwie bramki w tym meczu, o tyle na przestrzeni całego spotkania był cieniem skrzydłowego Bayernu.

Jest to moja subiektywna opinia, gdyż jestem wielkim fanem umiejętności Robbena i niekiedy nie mogę zrozumieć dlaczego jest tak niedoceniany przez media. To jednak temat na inna rozprawkę.

Chelsea Londyn – Bayern Monachium – jest to finał, który obejrzę chętniej niż kolejne Wielkie Derby hiszpańskich potęg. Obydwa zespoły przystąpią do tego meczu mocno osłabione kartkami, ale do wielkiego finału jeszcze trochę czasu, więc będzie sposobność żeby dokładniej się temu przyjrzeć.

Na koniec cytat z książki o Jose Mourinho „Anatomia zwycięzcy”:
„(…)spytany jak udało mu się zmotywować zespół po porażce 0:5, odparł: Użyłem prostych słów – zresztą nie moich, lecz Alberta Einstaina – że jedyną siłą potężniejszą niż para, elektryczność czy energia atomowa jest siła woli. A ten cały Albert nie był głupi”.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Nie dmuchajmy materaca


Dziennikarze w Polsce pieją z zachwytu nad polskim tercetem Borussii Dortmund. Już większość żurnalistów w naszym kraju nie wyobraża sobie żeby z pomocą trójki muszkieterów reprezentacja Smudy nie wyszła z grupy podczas Euro 2012.



A to jest tylko minimalny prognostyk. Nie rozumiem dlaczego mówi się, że celem minimum jest awans do ćwierćfinału. A jaki jest cel maksimum? Triumf w europejskim czempionacie? O tym już nikt nie wspomina. Każdy chce aby Polacy awansowali do strefy pucharowej, ale półfinał jest już tematem tabu. Pompujemy ten materac (albo balonik, jak kto woli), ale jednak zostawiamy trochę miejsca w płucach żeby dopełnić go jeżeli wyjdziemy z grupy.

Błaszczykowski, Piszczek i Lewandowski zdobyli drugie z rzędu mistrzostwo Niemiec, na które wszyscy trzej mieli niebagatelny wpływ. Tylko czy ten szum medialny przed Euro im dobrze zrobi? Krew mnie zalewa jak dziennikarze TVN-u pytają Roberta Lewandowskiego ile strzeli goli na Euro. A jak nie strzeli żadnego to co? Będzie rozczarowanie narodowe, prezydent Komorowski ogłosi żałobę, media nie zostawią na Robercie suchej nitki, a kibice z hura optymizmu przejdą do malkontenckich jęków. Tego boję się najbardziej.

Przypomina mi to sytuację z Mistrzostw Świata w RPA, gdzie Leo Messi kreowany był na najlepszego piłkarza turnieju. Oczywiście to była skala globalna, a u nas mamy do czynienia z naszym krajowym bajorkiem, ale jakoś to porównanie przychodzi mi pierwsze do głowy. Messi w moim odczuciu rozegrał bardzo dobre zawody w całych mistrzostwach. Był obok Teveza najlepszym zawodnikiem Argentyny, a w przegranym ćwierćfinale z Niemcami jako jedyny ze swojego zespołu rozegrał solidną partię. Ale co z tego? Dziennikarze zbesztali go z błotem, pisano, że przywdziewając błękitno-białe barwy nie przykłada się tak jak grając dla Blaugrany. Bo od takiego piłkarza wymaga się więcej. Ja z kolei w RPA widziałem zawodnika, który starał się, dwoił i troił, robił różnicę, ale nie wszystko wychodziło - może za bardzo chciał? Był przemotywowany? - takie miałem subiektywne wrażenie.

Obawiam się, że z naszą trójką będzie umiarkowanie podobnie. W kraju nad Wisłą oczekujemy od nich cudów, zamiast dać im spokojnie przygotować się do mistrzostw. Kibice przed turniejem naczytają się jaki to Lewy nie jest skuteczny, jakiego to Błaszczykowski nie ma dryblingu, czy jak wspaniale gra do przodu Piszczek i jeszcze wraca za akcją! A co się stanie jak pierwszy nie wykorzysta sytuacji sam na sam, drugiemu nie wyjdzie kiwka, a trzeci nie nadąży za jakąś boiskową sytuacją? A co jak, nie daj Boże, niepowodzenia będą się powtarzać i nawarstwiać? Przecież takie przypadki zdarzają się niekiedy w ich klubie.

Wtedy zacznie się międzynarodowy lament – w Borussi to im się chce grać, a w reprezentacji już nie! Czy to nie przypomina sytuacji  pewnego filigranowego wirtuoza z Ameryki Południowej grającego dla czołowego hiszpańskiego zespołu? A nasi, z całym szacunkiem i ukłonami do pasa, wirtuozami nie są.

Bardzo bym chciał i tego naszym muszkieterom życzę, aby wytrzymali to chore ciśnienie wytworzone w naszym kraju. Można kontrargumentować, że są to zawodowi piłkarze, a od takowych wymaga się zwalczania presji, ale nie zapominajmy, iż są przede wszystkim ludźmi z krwi i kości.

źr. foto: PAP

wtorek, 17 kwietnia 2012

Porównanie lig europejskich. Jak wypadła Polska?

O sile każdej ligi stanowi zespół, który zdobędzie mistrzostwo. Postanowiłem więc przeanalizować jak silni na finiszu bieżących rozgrywek są europejscy liderzy w swoich rodzimych rozgrywkach. Jak w tym rankingu poradziła sobie pierwsza drużyna T-Mobile Ekstraklasy?

Wśród krajów, których ligi uznawane są za najlepsze na świecie najlepiej wypada Hiszpania z Realem Madryt na czele. Bardzo silni mistrzowie szykują się w Portugalii i Anglii, natomiast najsłabiej z czołówki prezentuje się Ligue 1. W porównaniu z potentatami blado ma się lider polskiej Ekstraklasy. Legia Warszawa w 26. meczach zainkasowała zaledwie 49 „oczek”, co daje 62,8% wszystkich możliwych do zdobycia punktów.

1.    Hiszpania - Real Madryt - 85 pkt./33 mecze (85,9%)
2.    Portugalia – FC Porto - 63pkt./26 (80,8%)
3.    Anglia – Manchester United - 82 pkt./34 (80,4%)
4.    Niemcy – Borussia Dortmund - 72 pkt./31 (77,4%)
5.    Turcja – Galatasaray Stambuł - 77pkt./34 (75,5%)
6.    Holandia – Ajax Amsterdam - 64 pkt./30 (71,1%)
7.    Włochy – Juventus Turyn - 68 pkt./32 (70,8%)
8.    Francja – Montpellier - 66 pkt./32 (68,8%)
9.    Polska – Legia Warszawa 49 pkt./26 (62,8%)

Oczywiście porównanie Legii z Realem Madryt czy Manchesterem United jest, delikatnie rzecz ujmując, nietaktowne, jednak na tle reszty europejskich narodów, które grają systemem jesień-wiosna, główny faworyt do zdobycia mistrzowskiego tytułu w naszym kraju również prezentuje się słabiutko. Według tej klasyfikacji tylko Red Bull Salzburg w swojej lidze zdobył mniej punktów w stosunku do rozegranych meczów. Naturalnie liga lidze jest nierówna – w jednej punkty zdobywa się łatwiej, w innej trudniej, aczkolwiek poniższa lista chluby polskiemu futbolowi nie przynosi.

  1. Serbia – Partizan Belgrad - 65 pkt./24 (90,3%)
  2. Ukraina – Dynamo Kijów - 70 pkt./27 (86,4%)
  3. Chorwacja – Dinamo Zagrzeb - 67 pkt./26 (85,9%)
  4. Czarnogóra – Buducnost Podgorica - 63 pkt./25 (84%)
  5. Bułgaria – CSKA Sofia - 64 pkt./23 (82,6%)
  6. Macedonia – Vardar Skopje - 64 pkt./26 (82,1%)
  7. Szkocja – Celtic Glasgow - 81 pkt./33 (81,8%)
  8. Grecja – Olympiakos Pireus - 67pkt./28 (79,8%)
  9. Bośnia i Hercegowina – Zeljeznicar Sarajewo - 52 pkt./22 (78,8%)
  10. Irlandia Północna – Linfield FC - 77 pkt./33 (77,8%)
  1. Węgry – Debrecen VSC - 56 pkt./22 (77,8%)
  2. Słowenia – NK Maribor - 69 pkt./30 (76,7%)
  3. Walia – Bangor FC - 50 pkt./22 (75,7%)
  4. Albania – KF Skenderbeu - 47 pkt./21 (74,6%)
  5. Belgia – Anderlecht Bruksela - 67 pkt./30 (74,4%)
  6. Izrael – Hapoel Ironi Kiryat Shmona - 66 pkt./30 (73,3%)
  7. Cypr – Omonia Nikozja - 57 pkt./26 (73,1%)
  8. Szwajcaria – FC Basel - 59 pkt./27 (72,8%)
  9. Czechy – Sparta Praga - 54 pkt./25 (72%)
  10. Islandia – KR Reykjavik - 47 pkt./22 (71,2%)
  11. Dania – FC Kopenhaga - 55 pkt./26 (70,5%)
  12. Rosja – Zenit Sankt Petersburg - 61 pkt./30 (67,8%)
  13. Rumunia – CFR Cluj - 52 pkt./26 (66,7%)
  14. Słowacja – Zilina - 52 pkt./27 (64,2%)
  15. Polska – Legia Warszawa 49 pkt./26 (62,8%)
  16. Austria – Red Bull Salzburg 50 pkt./30 (55,5%)
źr. artykułu: PilkaNozna.pl