wtorek, 19 czerwca 2012

Mistrzostwa bez goli? Nie u nas!

Na podsumowanie fazy grupowej Euro 2012 przyjdzie czas jutro. Do dodania postu skusiło mnie coś zupełnie innego. Ostatnio ekscytowałem się, że na naszym Ojro nie padł jeszcze żaden bezbramkowy remis. Postanowiłem sprawdzić jak było w przeszłości w rywalizacjach grupowych na Mistrzostwach Europy i sprawdziły się moje oczekiwania.

Przypomnę, że rozgrywki o Puchar Henri’ego Delanuay’a pierwszy raz odbyły się w 1960 roku, jednak wtedy finały ME zaczynały się od razu od półfinałów. Grupy wprowadzono dopiero w 1980 we Włoszech. Od tego czasu w turniejach brało udział 8 drużyn, podzielonych na dwie grupy. Taka sytuacja miała miejsce do 1996. Euro w Anglii odbyło się już z udziałem szesnastu reprezentacji i taki stan rzeczy ma się po dziś dzień, czyli po nasze ukraińsko-polskie (bo czemu odwrotnie?) mistrzostwa.

Zabierając się za grzebanie w statystykach przyświecało mi jedno przeświadczenie – o ile pamiętałem, zawsze w grupach były mecze bez rozstrzygnięcia i bez bramek. Kiedy przejrzałem całość, okazało się, iż pomyliłem się nieznacznie. Tylko w 1988 w dwunastu bataliach (dwie grupy) zawodnicy zawsze znajdowali drogę do bramki. Wtedy grano  jednak o połowę mniej spotkań, więc i prawdopodobieństwo, że kibice goli nie zobaczą było mniejsze.

W sumie od 1980 w grupach ME rozegrano 166 spotkań (z dzisiejszymi meczami Francja-Szwecja i Ukraina-Anglia będzie ich 168), z których 15 kończyło się remisami bez goli. Czyli w sumie i tak niewiele.

Mimo wszystko, jeżeli w ostatniej kolejce Grupy D na Ukrainie padną gole, nasz turniej przejdzie do historii, jako pierwszy z udziałem 16 drużyn, w którym nie było nudnych patów! Może to nie jest najważniejsza statystyka, ale stoi w opozycji do malkontentów, którzy nawet przed dekadą zwiastowali śmierć futbolu!

Reasumując, posłużę się cytatem. Podobał mi się fragment wpisu na blogu Jana Tomaszewskiego. Między wierszami bezustannej krytyki, były golkiper reprezentacji Polski potrafi przemycić czasami bardzo ciekawe spostrzeżenia:

„ (…)mistrzostwa przebiegają wzorowo. Nie pamiętam, kiedy ostatnio oglądałem turniej, który miałby takie rozpoczęcie. Tutaj są bramki, akcje, zero jakiegokolwiek kalkulowania. Wieta, rozumieta, piłkarskie szachy - tego nie ma! Są natomiast niespodzianki, jak ta w meczu Danii z Holandią.”

Nic tylko się pod tymi słowami podpisać. Amen.


 ******************************

 Bezbramkowe remisy w fazach grupowych finałów Mistrzostw Europy:
2008
Grupa C Rumunia - Francja
2004
Grupa B Szwajcaria – Chorwacja
Grupa C Dania – Włochy
Grupa D Łotwa - Niemcy
2000
Grupa B Szwecja – Turcja
Grupa C Słowenia – Norwegia
1996
Grupa A Holandia – Szkocja
Grupa C Włochy – Niemcy
Przed 1996 w finałach występowało tylko 8 drużyn (dwie grupy)
1992
Grupa A Dania – Anglia, Francja – Anglia
Grupa B Holandia – Wspólnota Niepodległych Państw
1984
Grupa B RFN – Portugalia
1980
Grupa A Grecja – RFN
Grupa B Hiszpania Włochy, Włochy – Belgia

niedziela, 17 czerwca 2012

W końcu pękło




Wielkie nadzieje prysły jak bańka mydlana po sobotnim wieczorze. Wcześniej oczekiwania zostały rozdmuchane do niewiarygodnych rozmiarów. Absolutnie wszyscy wierzyli w naszą reprezentację, a tematem przewodnim w każdej telewizji, serwisie informacyjnym, prognozie pogody, a nawet w programach o rybołówstwie był mecz Polski z Czechami.

Mi również udzielił się ten nastrój, ale powody ku temu, żeby być optymistą były spore. Z Rosją graliśmy jak równy z równym, a Greków zdominowaliśmy w pierwszych 45 minutach. Mówiono,  że jeśli zagramy tak jak w pierwszej połowie z Grekami i drugiej z Rosją to powieziemy tych biednych Czechów z 4:0. Tylko, że Smudowcy zagrali godnie przez 20 pierwszych minut. Później zespół przypominał ten z drugiej odsłony meczu inauguracyjnego.

Na żywo oglądałem dwa mecze równolegle. Robiłem relację LIVE z konfrontacji Rosji z Grecją, więc teoretycznie to spotkanie powinno mnie bardziej absorbować. Po dobrym początku Greków byłem tylko ciekawy, kiedy w końcu Sborna się przebudzi. Drugim okiem patrzyłem na naszych Orłów i widziałem jak Polański i Lewandowski marnują doskonałe sytuacje. W jednym i drugim przypadku byłem przekonany, że my i nasi przyjaciele ze wschodu bratersko awansujemy do ćwierćfinału.

Później niestety przecierałem oczy ze zdumienia widząc co się dzieje w obydwu bataliach. Grecy grali tak jak w 2004 roku, a Polacy zaczęli miotać się jak w meczach otwarcia na każdym dużym turnieju XXI wieku. Konkluzja może niezbyt odkrywcza, ale jakże kłująca w oczy.

My to my. Wciąż jesteśmy w drugiej (a nawet trzeciej) lidze w Europie, więc postronni obserwatorzy nie powinni się dziwić, że zajęliśmy ostatnie miejsce w słabiutkiej grupie. A co mają powiedzieć Rosjanie? Oni byli faworytem nr adin do awansu! Tylko, że Dick Advocaat wyraźnie nie trafił z przygotowaniem do OJRO. Gdyby turniej zaczął się tydzień wcześniej, Sborna z pewnością awansowała by do ćwierćfinału. To właśnie kilka dni przed rozpoczęciem mistrzostw Rusowie dali lekcję futbolu Włochom, a na inaugurację sprawili tęgie lanie zagubionym Czechom. W meczu z Polską, a już szczególnie z Grecją wyraźnie brakowało im sił.

Tak Czesi w meczu z nami, jak Grecy z Rosją pokazali o co w tej grze właściwie chodzi. Jak mawiał klasyk nie wygrywa lepszy, tylko ten kto strzeli jedną bramkę więcej. Przecież to takie proste!

Ale tym się charakteryzują turnieje. Czesi tak naprawdę niczym nie zachwycili, a wyszli z pierwszego miejsca w grupie. Kolosalną sensacją będzie, jak kopiące się po czołach reprezentacje Czech i Grecji awansują do półfinału. Chociaż kto by przypuszczał, że w ogóle tam awansują? Teraz wszystko jest możliwe.

Media już rozliczają reprezentację Polski z tego turnieju. Niemal pewne jest, że Franz nie będzie już piastował roli selekcjonera, chociaż Grzegorz Lato nie widzi nikogo innego, aby pociągnął ten wózek. Kibice są jednak innego zdania: wylecieć powinien jeden i drugi.

Nie nadszedł jeszcze czas ogólnego rozrachunku. Turniej trwa dalej, cieszmy się nim, mimo że nie zobaczymy już biało-czerwonych. Na razie mistrzostwa stoją na bardzo wysokim poziomie, o czym świadczy fakt, że nie widzieliśmy jeszcze żadnego bezbramkowego remisu. I oby tak do finału!

źr. foto: dziennik.com

wtorek, 12 czerwca 2012

Widzieliśmy wszystko, lecz wiemy niewiele


Wszystkie drużyny zaprezentowały się już na Mistrzostwach Europy. Dzisiaj rusza druga kolejka, w której z pewnością będziemy świadkami pierwszych awansów do ćwierćfinału.
W grupie C i D zobaczyliśmy dwa mecze potentatów, czyli Hiszpania – Włochy i Anglia – Francja, jednak więcej goli i emocji było w konfrontacjach niżej notowanych drużyn.

Hiszpanie narzekają na niezroszoną trawę w Gdański, ale przecież Italia miała identyczne warunki do gry.  Piłkarze z Półwyspu Iberyjskiego są jak rozpieszczone dzieci, potrafią się bawić tylko według swoich reguł. Włosi nie pozwolili im na zbyt wiele na „suchej” murawie i zasłużenie zremisowali. Podobnie było w przypadku Anglików, którzy idealnie rozbijali ataki Francuzów. Dobrze ustawiona strefa spowodowała, że Trójkolorowi dochodzili zazwyczaj do strzałów z dystansu (aż 19 piłek kierowanych w stronę bramki przez podopiecznych Blanca w ciągu 90 minut!) i tylko jeden z nich był skuteczny. Te mecze rozczarowały oczekiwania kibiców. Inaczej było w przypadku dwóch pozostałych batalii. 

Niemalże patetyczne uczucia towarzyszyły w spotkaniu Ukraińców ze Szwedami. Andrij Szewczenko kończy karierę i jeżeli jego Sborna wyjdzie z grupy, ten wynik będzie wspaniałą laurką wieńczącą przygodę ukraińskiej legendy z piłką. Delikatnie przypomina to sytuację z Mundialu w 2006, kiedy Zinedine Zidane poprowadził Trójkolorowych do wicemistrzostwa świata. Dla boskiego Zizou finał tego turnieju był ostatnim profesjonalnym meczem w karierze.

Chorwacja z kolei bez problemu poradziła sobie z Irlandią i wydaje się, że ekipa Eire będzie mieć spore problemy z ugraniem choćby sztycha na Ojro.  Wątpię również żeby Chorwaci wyszli z grupy kosztem Włochów lub Hiszpanów. Chociaż, kto wie? Pożyjemy zobaczymy.

niedziela, 10 czerwca 2012

(Nie)dosyt

Za nami mecze grup A i B na długo oczekiwanych Mistrzostwach Europy w Polsce i na Ukrainie. Patrząc obiektywnie była jedna niespodzianka – Duńczycy nieoczekiwanie zwyciężyli Holendrów.
O meczu otwarcia napisano już praktycznie wszystko. Najwięcej dywagacji było na temat Wojtka Szczęsnego, czy słusznie faulował greckiego napastnika. W ostateczności dał szansę wykazania się Tytoniowi, który został okrzyknięty bohaterem, więc wyszło na jego. Najlepszym zawodnikiem meczu został Robi Lewandowski, strzelec bramki dla biało-czerwonych. W moim odczuciu jednak najaktywniejszym piłkarzem był Łukasz Piszczek. Przestępca, skazany prawomocnym wyrokiem sądu za korupcję (przypominam słowa pewnego posła PiS), chodził jak wahadełko po prawej stronie boiska. Były gracz Zagłębia imponował mi w tym meczu szczególnie i w nim upatruję dużą nadzieję w batalii z Rosjanami.
 Nie rozpamiętujmy już drugiej połowy meczu z reprezentacją Hellady i skupmy się na Sbornej. A ta w konfrontacji z Czechami pokazała, że w piłkę grać potrafi. Nasi południowi sąsiedzi mimo wszystko prezentowali ładny futbol, ale rosyjskie żądła były skuteczniejsze. Poza tym Czechom w ogóle nie pomógł bramkarz Chelsea. Petr Cech miał szansę wybronić przynajmniej dwa strzały, które ostatecznie znalazły się w siatce jego bramki. Oby Przemek Tytoń był lepiej dysponowany niż gwiazdor Bramborów.
W grupie śmierci natomiast przynajmniej jeden wynik był nie lada niespodzianką. Eksperci zachwycają się teraz żelazną, konsekwentną obroną Duńczyków, ale zapomnieli chyba, że Oranje stworzyli sobie przynajmniej trzy stuprocentowe sytuacje. Gdyby van Persie, Robben i Huntelaar zachowali zimną krew Skandynawowie nie ugraliby nawet punktu. Nie zmienia to faktu, iż świta Mortena Olsena wydanie zbliżyła się do ćwierćfinału, wszak z Portugalią wygrała już w eliminacjach, a z Niemcami też nie stoi na straconej pozycji.
Podobał mi się mecz właśnie tych zespołów. Mimo że długo w powietrzu wisiał bezbramkowy remis, w końcu obudził się ociężały niedźwiedź – Mario Gomez, który wykończył dośrodkowanie Khediry. Sprawiedliwszym wynikiem byłby z pewnością remis, a bramka dla bekonowych powinna paść pod koniec pierwszej połowy, kiedy idealnym strzałem popisał się słynny rzeźnik-wędliniarz Pepe. Piłka po jego strzale zagrała w cymbergaja między poprzeczką a linią bramkową i wypadła w boisko. Szkoda, bo taki gol byłby nieczęstej urody.
Co do samych bramek najbardziej podobało mi się finezyjne uderzenie Romana Szyrokowa. Zawodnik Zenitu Sankt Petersburg idealną podcinką nie dał szans Cechowi. W tej sytuacji bramkarz Chelsea nie miał nic do powiedzenia. Maestria strzału sama w sobie. Dzisiaj kolejne mecze, kolejne emocje i, mam nadzieję, kolejne wspaniałe gole. 

poniedziałek, 28 maja 2012

Okiem kibica


Euro zbliża się wielkimi krokami, już możemy odliczać godziny do wielkiej piłkarskiej imprezy. Niektórzy kibice, będący jednocześnie fachowcami, po raz wtóry wytykają błędy Smudzie w przygotowaniu i selekcji piłkarzy. Choć faktycznie rozum nie zawsze zgadza się z wyborami selekcjonera, to jednak do głosu dochodzi serce, które każe bezinteresownie ściskać kciuki za naszych reprezentantów. 

Czy Franz nie popełni błędów Jerzego Engela, Pawła Janasa i Leo Beenhakkera? Na razie zaaplikował naszym orłom ciężkie treningi w austriackim Lienzu, czyli tak jak jego poprzednicy postawił na siłowe przygotowanie zespołu do turnieju. Zapatrzony w niemiecką szkołę trenerską Smuda kopiuje każdy ruch Joachima Loewa, co ma być źródłem sukcesu w czerwcu. Na weryfikację tej techniki długo czekać nie musimy, bowiem w pierwszym spotkaniu zmierzymy się z drużyną, która wybrała inną drogę przygotowania do meczów grupowych. Grecy bazować będą na wytrzymałości wypracowanej w ciągu sezonu klubowego, więc 8. czerwca zobaczymy który zespół będzie lepiej wyglądał pod względem fizycznym - która droga była właściwsza. 

Za nami także mecze kontrolne z Łotwą i Słowacją. Obydwa wygraliśmy po 1:0, choć pierwszy graliśmy w drugim garniturze. Właśnie w spotkaniu z Łotwą swoją przydatność drużynie udowodnił Kamil Grosicki, który był najjaśniejszą postacią tej konfrontacji. W drugim meczu przebłysków płynnej gry było więcej, zwłaszcza w pierwszej połowie, gdy graliśmy już pierwszym zestawieniem. Ostatecznie selekcjonera nie przekonali Michał Kucharczyk, Tomasz Jodłowiec i Kamil Glik. O ile dwaj pierwsi od początku austriackiego wojażu byli kandydatami do odstrzału, to nieobecność Glika wydaje się być niespodzianką, choć po ruchach trenera na zgrupowaniu można było wywnioskować jego absencję podczas Euro. Zastanawia tylko dlaczego Smuda zabrał go do Linzu, skoro w żadnym sparingu nie powąchał nawet murawy? Czy podstawowy stoper Torino jest gorszy od Jodłowca? Zdaniem selekcjonera chyba tak, gdyż Glikowi nie dał szansy pokazania się w warunkach meczowych. Z drugiej strony to Smuda, a nie kto inny, będzie rozliczany za wynik na mistrzostwach. Jego małpy, jego cyrk – my mamy tylko siedzieć na widowni i klaskać.

O 23-osobowym składzie wypowiedział się także Tomasz Hajto. Trener Jagiellonii dosadnie stwierdził, że nie mamy lewej obrony. Z tym że atakuje bardziej Jakuba Wawrzyniaka, niż niegrającego od dwóch lat w klubie Sebastiana Boenischa. Wawrzyniak na tej pozycji w reprezentacji występuje od równo roku, więc co tak bardzo zdziwiło byłego gracza Schalke 04? Rozumiem, że Jacek Magiera z Górnika ma za sobą świetną rundę, ale ten chłopak ani razu nie został sprawdzony w kadrze. Gdyby pojawiłby się w Austrii mówiłoby się, że Smuda jest niekonsekwentny, bo przez rok bezrefleksyjnie stawia na Wawrzyniaka, a nagle bierze Magierę. Jak wiadomo od dawna –wszystkich nie zadowolisz. 

Chociaż zrozumiałbym – i takiego rozwiązania bym oczekiwał – gdyby w składzie na Euro znalazł się Wawrzyniak i Magiera. Niestety jak Smuda się zakocha, to nie myśli racjonalnie, nawet gdy ta miłość jest nieszczęśliwa (choć bardziej pasowałby przymiotnik nieszczęsna), jak w przypadku Boenischa. Wszystko również wskazuje, że gracz Werderu wybiegnie w pierwszym składzie z Grecją, więc Tomasz Hajto nie będzie musiał patrzeć na mało reprezentatywną twarz Wawrzyniaka w meczu otwarcia. 

Może się wydawać, że zwyczajnie kpię z wybitnego reprezentanta kraju i trenera Jagi, ale ja go naprawdę szanuję, za to co zrobił na boisku i za to jaki jest poza nim. Twardy facet z charakterem, który cieszy się autorytetem w swoim środowisku. Szacunek. Tylko nie zawsze należy bezkrytycznie patrzeć na autorytety. 

Przed kadrą jeszcze jeden sprawdzian przed Euro, już w stolicy z Andorą. Sześć dni przed meczem z Grecją będziemy jeszcze mądrzejsi. Ciekawe kto wtedy błyśnie niewybrednym komentarzem po meczu? Nie licząc oczywiście Jana Tomaszewskiego, który od kilkunastu (a może i kilkudziesięciu) lat konsekwentnie bojkotuje wszystko co ma jakikolwiek związek z PZPN. A takiego rarytasu jak Euro w naszym kraju, nie mógł ominąć, stąd częstotliwość jego wypowiedzi w mediach wcale mnie nie dziwi.

czwartek, 10 maja 2012

43 wiosny Dennisa


 10 maja 1969 roku w Amsterdamie na świat przyszedł Dennis Nicolaas Maria Bergkamp. Wielki piłkarz, legenda Arsenalu Londyn, reprezentant Holandii, mój największy piłkarski idol.


 
Bergkamp w swojej bogatej karierze osiągnął wiele, choć biorąc pod uwagę jego potencjał i umiejętności można zaryzykować stwierdzenie, że nie był piłkarzem do końca spełnionym. Brakowało mu największych sukcesów, którymi zapisałby się złotymi zgłoskami w historii futbolu. 

W piłce klubowej osiągnął prawie wszystko. Prawie, gdyż nigdy nie wygrał Ligi Mistrzów, nie był również królem strzelców Premier League. Przede wszystkim jednak, jego niespełnienie związane jest z reprezentacją Holandii, dla której strzelił przecież aż 37 goli!

Dwa razy poprowadził Pomarańczowych do półfinału Mistrzostw Europy (1992,2000) i raz do czwartego miejsca na Mundialu we Francji. Jednak ten zawodnik zasługiwał na znacznie więcej. Gdyby zdobył Mistrzostwo Świata i Europy stawiany byłby na jednym stopniu z Marco van Bastenem czy francuzem Zinedine Zidanem. Na kartach historii pozostaje w cieniu obydwu tych doskonałych graczy, choć, moim zdaniem, piłkarsko był od nich nawet lepszy!

W bogatej galerii sukcesów Dennisa znajdują się: mistrzostwo Holandii (1990), dwa Puchary Holandii (1987, 1993), Puchar Zdobywców Pucharów (1987), dwa Puchary UEFA (1992, 1994), trzy mistrzostwa Anglii (1998, 2002, 2004), cztery Puchary Anglii (1998, 2002, 2003, 2005), trzykrotny król strzelców ligi holenderskiej (1991, 1992, 1993), dwa razy wybierany najlepszym piłkarzem Holandii (1992, 1993), dwukrotnie zajmował trzecie miejsce w plebiscycie UEFA na najlepszego piłkarza świata (1993, 1997), trzecie (1992) i drugie (1993) miejsce w plebiscycie „France Football”, najlepszy piłkarz Premier League wg dziennikarzy i zawodników (1998). 



Te osiągnięcia nie pokazują jednak jakim Bergkamp był piłkarzem. Jego dostojność w grze, bajeczna technika i piękne bramki do dzisiaj są znakiem rozpoznawalnym – po prostu made in Dennis. Na grę Holendra zawsze patrzyło się przyjemnie, nawet jeżeli coś mu nie wyszło. Zapamiętam też go jako zawodnika, o bardzo wysokim boiskowym IQ. Trzeba również wspomnieć, że był, a w zasadzie jest do tej pory, inteligentnym człowiekiem także poza stadionową murawą, co nie zawsze jest takie oczywiste. 

Problemem w zbiorze większej ilości trofeów była też aerodromofobia „nielatającego holendra”. Strach przed lataniem powodował, że  nie brał udziału w dalekich delegacjach swojego zespołu. Przez tę fobię przedwcześnie zrezygnował również z gry w reprezentacji. Po finałach Euro 2000 stwierdził, że kończy przygodę reprezentacyjną, gdyż nie chce mącić selekcjonerowi w budowaniu składu na mundial w 2002 roku, który miał odbywać się Korei i Japonii. Dla Bergkampa turniej na drugim końcu świata był po prostu nieosiągalny. Ostatecznie Holandia nie zakwalifikowała się na azjatyckie Mistrzostwa Świata, a kto wie jakby się to potoczyło z wybitnym Kanonierem w eliminacjach.

Myśląc co mógłbym napisać o Bergkampie w podsumowaniu, przychodzą mi do głowy tylko same pozytywne przymiotniki. Żeby jednak zakończyć ochy i achy, zakończę przewrotnie. Dennis miał jedną wadę. Kiedy w 1995 przychodził do Arsenalu, po nieudanej przygodzie w Interze, mówiono, że jest za słaby fizycznie na angielskie warunki. Jak się okazało szybko przystosował się do ciężkiej walki, a niekiedy nawet jego gra stawała się brutalna jak na tak doskonałego technika. W całej karierze zdarzyło mu się kilka brzydkich, złośliwych zagrań, ale jest to w zasadzie jedyna rysa na niesamowitej palecie innych umiejętności.

Dennis Bergkamp w zasadzie jest moim jedynym idolem i zawsze będzie dla mnie numerem jeden. Odnosząc się do jego osoby nigdy nie będę subiektywny – w moich oczach zawsze będzie ideałem piłkarza.

Na koniec dyspozycja Dennisa z Old Boyów Ajaxu Amsterdam:
 

niedziela, 6 maja 2012

Polska kopana

Jak skomentować mistrzostwo Śląska? Żenada. Nie dlatego, że tego klubu nie lubię, wręcz przeciwnie. Szanuje Oresta Lenczyka i jego piłkarzy, a gracze Wojskowych imponowali jesienią, kiedy zasłużenie (!) zakończyli zmagania na fotelu lidera. Natomiast to co działo się w rundzie wiosennej , to… żenada. Ale żeby nie było – to nie wina Śląska, że zdobył mistrzostwo. No właśnie!

Najbardziej „sfrajerzyła” się Legia. Dosłownie. Byłem przekonany (jak z resztą niemal cała piłkarska Polska), że Legia sięgnie w tym sezonie po mistrzostwo i napisałem nawet o tym tekścik (kilka postów niżej). Jednak to co zrobili piłkarze Macieja Skorży jest karygodne. Do tej pory nie rozumiem jak Legioniści roztrwonili przewagę, mając tak bogate zaplecze kadrowe. Nigdy tego nie zrozumiem.


Fajnie prezentowała się ekipa Waldemara Fornalika, z tym że piłkarze Ruchu nie wytrzymywali w spotkaniach o najwyższą stawkę, czyli tak naprawdę w meczach z Legią. Lech zaczął ściganie za późno, choć do końca walczył o majstra. Może byłby to dobry prognostyk przed następnym sezonem, gdyby latem nie szykowało się wietrzenie magazynów w klubie. 

To byłoby na tyle - tak mi się przypomniało, zdenerwowałem się. Niemniej kciuki za Śląsk jesienią w europejskich pucharach będę trzymał. Boję się tylko, że trafii on na drużynę pokroju rumuńskiego Rapidu i wtedy będzie koniec Europy. A takich drużyn  jak ta z Bukaresztu na Starym Kontynencie jest na pęczki.